PL EN
ok
YouTube Facebook
twitter instagram

Metal Hammer 10/2018

Behemoth, Samael, Interpol, Deicide, Pig Destroyer, Unanimated, Dance Like A Dynamite, Beyond, The Black, Amaranthe, Corruption, Anaal Nathrakh, Riverside, Therapy?, King Dude, Alice In Chains, Kadavar, Ultha, Voivod

Metal Hammer 10/2018

Metal Hammer 10/2018_1

SPIS TREŚCI

Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Behemoth 8
Samael 12
Interpol 14
Deicide 16
Pig Destroyer 18
Unanimated 20
Dance Like A Dynamite 22
Beyond The Black 24
Amaranthe 26
Corruption 28
Anaal Nathrakh 30
Book Zapłać 32

Riverside 69
Therapy? 65
King Dude 63
Alice In Chains 61
Kadavar 59
Ultha 57
Recenzje 53
90 Z 90. 47
Voivod 45
Na Zachód Od Metalu 43
Nothing 42
Die Young 41
 

ZGRZYT

Trudne wybory wydają się być nieprzyjemne. Ale chciałbym mieć przed sobą zawsze tak trudny wybór jak ten, którego musiałem dokonać w tym wydaniu Metal Hammera. Okazało się bowiem, że na rynek trafiają w tym samym czasie dwie, doskonałe płyty. Co więcej – płyty polskich artystów, mniejsza o to, że coraz bardziej popularnych poza granicami naszego kraju. Riverside i Behemoth. Behemoth i Riverside. Który z nich ma trafić na okładkę? Który zaprezentować jako Album Miesiąca? Cóż, w efekcie wrześniowy Metal Hammer ma dwie okładki, dwa duże cover story a oprócz tego wszystko jest jak zwykle – czyli cała masa wywiadów z zespołami, które lubicie i kochacie!

Darek Świtała
 

ALBUM MIESIĄCA

RIVERSIDE
Wasteland
(InsideOut)

Riverside rozpoczyna nowy rozdział w swojej historii. Po wydaniu sześciu płyt długogrających, dwóch mini albumów, dwóch albumów live i dwóch kompilacji wraca z bardzo mocną płytą „Wasteland”. Przypomnijmy, że jest to pierwsza płyta zespołu od tragedii, która miała miejsce w lutym 2016 roku, kiedy to przed swoimi czterdziestymi pierwszymi urodzinami zmarł nagle Piotr Grudziński, współzałożyciel i gitarzysta zespołu. Anulowano wszystkie koncerty. Muzycy skupili się na pracy nad kompilacją „Eye of the Soundscape”, dedykowaną zmarłemu przyjacielowi, która ukazała się we wrześniu 2016 r. Wiele osób mówiło, że to już koniec. Z opinii malkontentów można było wyczytać myśl przewodnią, że ten zespół nie zrobi już niczego wartościowego. Może pogra jeszcze parę lat odgrzewając stare kawałki i ślad po nim zaginie... No to macie! „Wasteland” to odrodzenie w nowym, zmienionym stylu, do którego trudno jest doczepiać łatki porównań. Teraz gitary „płaczą” inaczej. Ciężkie, surowe riffy tną w innym stylu a akustyczne melodie porywają w inne przestrzenie. W muzykę wpompowano więcej powietrza, stała się bardziej dojrzała, głębsza, wielowymiarowa. Całość majstersztyku spowija ten specyficzny, przyciągający półmrok, „chropowatość”, ciężar tonowane pięknymi akustycznymi sekwencjami. Wszystko jest tu tajemnicą żonglującą emocjami; pozornym wyciszeniem, wewnętrzną, pierwotną burzą, powrotem do początków. Słychać w tych dziewięciu utworach nowego ducha, nowy, wręcz dziewiczy zapał. Są na tej płycie momenty, które można znaleźć na debiutanckich płytach, gdzie szczerość i chęć opisania rzeczywistości muzyką są jedynymi wyznacznikami kierunku, najczystszym z zamiarów. Nagrywając „Wastland” zespołowi najwyraźniej udzielał się syndrom drugiego życia, czemu dał wyraz chociażby w tytułach pierwszego i ostatniego utworu, które nawiązują do drugiej płyty „Second Life Syndrome” z 2005 roku. Całość rozpoczyna „The Day After”, krótka, „krucha” miniaturka wokalna, która zaczyna tonąć w narastającej fali echa mieszającego się z mruczącym, głębokim klawiszem i wtórującym mu delikatnie skrzypcom. Całość uderza w cięższy, szorstki z początku „Acid Rain”, który z zamętu i „beznadziei” i „rozpaczy” poszczególnych zwrotek wypluwa z siebie bardzo uczuciowe, harmonie wokalne. A ta mantra gitarowa w tle miarowe bicie serca, zagłuszana „westchnieniami” sola i pulsem basu.
„Vale Of Tears”, został wybrany na pierwszego singla, zapowiadającego nową płytę. To chyba jeden z najbardziej zróżnicowanych kawałków pod względem kontrastem ciężaru i delikatności. Z rockowym, rwanym początkiem, któremu słuchacz daje się porwać, nie przypuszczając nawet co czeka go za chwil parę. Najbardziej chwytliwy moment zaczyna się jak dla mnie po drugiej minucie, gdzie gitara przyspiesza i utwór przybiera bardziej podniosły wyraz.
W „Guardian Angel” wprowadza nas nastrojowa melodia gitary akustycznej, a gdzieś pomiędzy „snuje” się wokal. Tylko tyle i aż tyle. Na takim muzycznym pustkowiu, piękniej „wieje” i „wzdycha” gitara, wprowadzając słuchającego w rodzaj fonicznej ascezy, której krótkie przedłużenie funduje nam wstęp do utworu „Lament”, kreślonego akustyczną gitarą, miejscami podrywaną surowym riffem i rozżalonym głosem prosi „ojcze, czy zabierzesz mnie stąd”. W połowie tego utworu znów pojawia się piękna, porywająca miniaturka gitarowego solo, odbijająca się echem w szarych przestrzeniach. Na uwagę zasługuje także samo zakończenie tego utworu, z delikatnymi akcentami skrzypiec. Najdłuższy, ponad dziewięciominutowy „The Struggle For Survival” jest niepokojący i przeszyty strachem. Ta powtarzająca się, pulsująca melodia bardzo przypomina jeden z motywów na „Out of Myslef”. Szczególne bas gada tu, jak w 2003 roku. Samo serce utworu, z gitarą przywodzącą na myśl stare westerny i filmy szpiegowskie, chwyta najbardziej. Morski “River Down Below”, łagodny, akustyczno-gitarowy, płynie miarowo; uspokaja. Pięknie rozwija się w refrenach. Znów zespół wpatruje się w przeszłość, porzucając zawiłe struktury, ciasno układane w czasie i pozostawia nas twarzą w twarz z czystymi emocjami, podbijanymi po raz kolejny pięknymi solami Macieja Mellera. Tytułowy „Wasteland” to piękny ponad ośmiominutowy kolos. Tą płytę pełną burz, wichrów i cichych chwil, sam na sam ze sobą w post apokaliptycznym świecie, kończy „The Night Before”, i zadumanym pianinem, i echami głosów zapowiadającymi nadejście nocy; wprowadzającymi nas w nowy sen, który na pewno nie jest już snem w wysokiej rozdzielczości, gęstym od struktur i nowoczesnych, przemyślanych rozwiązań. Nowa płyta z surowością ciężaru, mrokiem formy i obdartą ze zbędnych ozdób, prostą, odważną melodyką akustycznej gitary sprawia, że całość jest niespodziewanie szczera, zaskakująco oryginalna, pobudzająca wyobraźnię. Czuć w tej muzyce, że zgliszcza starego świata powoli przykrywa czas. Niech trwają te melodie. Przecież wszystko dopiero się zaczyna!
 
Marek Krukowski