PL EN
ok
YouTube Facebook
twitter instagram

Metal Hammer 6/2020

Within Temptation, Oranssi Pazuzu, Katatonia, Firewind, HAKEN, Hellhammer, Igorrr, Alestorm, Arkona, Vader, Naglfar, Abysmal Dawn, Beyond the Black, Loathe, Dopelord, Malokarpatan 

Metal Hammer 6/2020_1 MH 6/2020_2

SPIS TREŚCI

Zgrzyt 3

Hard Fax 4

Within Temptation 8

Oranssi Pazuzu 12

Lucifer 14

Katatonia 16

Firewind 18

Haken 20

Horisont 22

Hellhammer 24

Igorrr 27

Alestorm 28

Arkona 30

Koncerty W Czasach Pandemii 32

Vader 69

Naglfar 65

Ols 63

Abysmal Dawn 61

Beyond The Black 59

Loathe 57

Dopelord 55

Album Miesiąca 53

Recenzje 52

Book Zapłać 48

Epicentrum 47

Za Progiem 46

Odgruzowani 45

Zafoceni 44

Malokarpatan 43

Die Young 41

 

ZGRZYT

Pandemia Covid-19 dotarła także na łamy Metal Hammera. W czerwcowym wydaniu, w większości wywiadów, muzycy poruszają temat trwającej kwarantanny i ograniczeń, które ze sobą niesie. Dla muzyków, którzy w dzisiejszych czasach utrzymują się przecież z grania koncertów, to sytuacja bez precedensu. Nic dziwnego, że w ich wypowiedziach często słychać obawę o przyszłość nie tylko ich zespołów ale i ich samych.

Na szczęście na rynku wydawniczym wciąż dużo się dzieje – nowe płyty na drugą połowę roku zapowiadają Tribulation, Mercyful Fate, Evanescence, a w samym maju ma i będzie mieć premierę mnóstwo ciekawych wydawnictw. Najciekawszy album od lat nagrał Vader – płyta jest tak dobra, że postanowiliśmy poświęcić Peterowi i jego załodze nasze cover story. Z drugiej okładki spogląda na Was Sharon z Within Temptation, grupa rozstała się z Sony Music i zapowiada zmianę w swoim podejściu do wydawania płyt – od tej pory będzie regularnie przygotowywać dla fanów kolejne single, które dopiero po kilku latach zbierze na pełnym albumie. Czy to zapowiedź zmian na muzycznym rynku? Czas pokaże...

Darek Świtała
 

ALBUM MIESIĄCA

 

AUGUST BURNS RED

Guardians

(Fearless Records)

Myślę, że nie będzie to zbyt daleko idące porównanie, jeżeli przygniatającą większość aspirujących metalcorowych kapel opiszemy jako szarą masę peletonu, a kilku gigantów pokroju Northlane, Parkway Drive czy właśnie August Burns Red – jako ucieczkę, z tym, że w przeciwieństwie do prawdziwego życia tej ucieczce absolutnie nic nie zagraża, nikt się z niej nie wysypuje ani nie słabnie z upływem czasu. Prawda jest taka, że wspomniane zespoły mogą w tym momencie robić absolutnie wszystko – eksperymentować z elektroniką, odchodzić od korzeni tak daleko, jak się da, czy celować w listy przebojów – i nic nie zaszkodzi ich ugruntowanej pozycji, najwyżej będą mieli na koncie asłuchalną płytę, o której wszyscy za chwilę zapomną. Wyobrażam sobie, że taka pozycja siły nie każdemu musi odpowiadać, czasem lepiej sprawdza się bat nad głową, ciągła presja i konkurencja. Ale na „Guardians” Amerykanie nie brzmią jak wyleniałe, tłuste kocury, raczej tak, jakby od tego nagrania naprawdę sporo zależało. Konstatacja, że można być najedzonym, a zarazem wciąż płodnym, nie zdarza się codziennie, tak samo jak niezbyt często nowa płyta kapeli z siedemnastoletnim stażem okazuje się być najlepszą w całym dorobku, a właśnie tak jest tutaj. August Burns Red nigdy nie pokusili się o większe stylistyczne akrobacje, pozostając raczej na dobrze znanej, udeptanej ścieżce, ale trzeba też szczerze przyznać, że wspomniana stałość i stabilna, niezła forma pozostawały przez ostatnie kilka lat głównymi zaletami kapeli. Niewiele wskazywało na to, by mieli nagle wyskoczyć z aż tak dobrym materiałem, a na pewno nie wskazywała na to „The Phantom Anthem”, niezła kompozytorsko, ale też bardzo sterylna, ugłaskana i przejaskrawiona. W przeciwieństwie do poprzedniczki „Guardians” zachowuje naprawdę rozsądny balans i nie szafuje tak bezmyślnie melodią, jest też znacznie mniej oczywista. O ile wcześniej te najlepsze motywy były podstawiane słuchaczowi pod nos i powtarzane do bólu, tak teraz mamy do czynienia z płytą momentów – przebłysków, które pojawiają się i znikają, a to zawsze będzie dla mnie wyznacznik czegoś pokrewnego geniuszowi. Popatrzmy: fantastyczny refren „Bones” pojawia się zaledwie dwa razy, tak samo jest w „Empty Heaven”; najważniejszy motyw „Dismembered Memory” to mgnienie oka i nic więcej, a cały klucz do zrozumienia emocji napędzających tę płytę mieści się w 6 minutach i 22 sekundach ostatniej „Three Fountains”. Oczywiście jest tego więcej, ale mimo wszystko podejrzewam, że oparcie całego być albo nie być nagrania na równie wątłych czasowo fundamentach to spore ryzyko. W przypadku powodzenia – ryzyko podwójnie opłacalne. Wspaniała, triumfalna, ale też strasznie emocjonalna płyta.

Adam Gościniak