PL EN
ok
YouTube Facebook
twitter instagram

Metal Hammer 7/2018

Immortal, Powerwolf, Sons Of Apollo, Madball, Melvins, Lucifer, Summer Breeze, Cardhouse, Kły, Iskald, Antimatter, Bullet For My Valentine, Betrayer, The Sea Within, The Night Flight Orchestra, Lisa Gerrard, Sink The Ship

Metal Hammer 7/2018

SPIS TREŚCI

Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Immortal 8
Powerwolf 12
Sons Of Apollo 14
Madball 16
Melvins 18
Lucifer 20
Summer Breeze 22
Cardhouse 24
Kły 26
Craft 28
Iskald 30
Na Zachód Od Metalu 32
Book Zapłać 41
The Dog 42
The Body 44
Antimatter 46
Bullet For My Valentine 48
Betrayer 50
The Sea Within 52
The Night Flight Orchestra 54
Lisa Gerrard 56
Album Miesiąca 59
Recenzje 60
Desertfest 66
Live 68
Sink The Ship 69
Die Young 70
 

ZGRZYT

Za oknem letnia kanikuła...

za to na naszej okładce prawdziwie norweska zima; Immortal wraca po dziewięciu latach z nową płytą, którą śmiało można postawić obok najlepszych dokonań zespołu. Uprzedzamy: to rzecz dla prawdziwych maniaków prawdziwego black metalu!

W numerze także wywiady z Powerwolf, Lucifer, Craft, Madball, The Body ale też z legendą polskiej sceny – grupą Betrayer. Zresztą to tylko część przygotowanych przez nas materiałów.

Cieszcie się słońcem i wakacjami!

Darek Świtała
 

ALBUM MIESIĄCA

IMMORTAL
NORTHERN CHAOS GODS
(NUCLEAR BLAST)

Jesteśmy świadkami nowej ery w obozie norweskiego Immortal. Po dziewięciu latach milczenia zespół wraca z nową, mocną płytą zatytułowaną „Northern Chaos Gods”. Jest to pierwsze wydawnictwo bez byłego frontmana i gitarzysty Abbatha, który w ostatnich latach zdecydował się na karierę solową, zaniedbując obowiązki w Immortal. Jak twierdzi gitarzysta Harald „Demonaz” Nævdal i perkusista Reidar „Horgh” Horghagen, którzy zdecydowali się kontynuować to zacne dzieło, są dumni ze swojej muzycznej przeszłości i bazując na starych sprawdzonych wielokrotnie rozwiązaniach zbudowali konceptualnego, posępnego kolosa spod samych bram - wymyślonego swego czasu przez zespół królestwa ciemności i zimna – Blashyrkh.
Podczas nagrań nowego albumu, jako sesyjny basista, Immortal wsparł Peter Tägtgren z Hypocrisy, który z zespołem pracował już wcześniej nad płytami "At The Heart Of Winter", "Damned In Black", "Sons Of Northern Darkness" i "All Shall Fall". Płyta ukaże się 6 lipca, za pośrednictwem Nuclear Blast. Zawiera osiem premierowych utworów, co daje ponad czterdzieści pięć minut obcowania z bezlitosną prędkością i lodowatą ciemnością, do czego przyzwyczaił nas Immortal wcześniej. Budowa tej płyty to solidna konstrukcja wsparta na klimacie „At the Heart of Winter”, w którą wpompowano dynamikę „Pure Holocaust” i efektowną melodykę ostatnich płyt grupy z nieodzownym dla tego zespołu duchem Bathory, który zawsze majaczy w ich muzyce.

Muzyka Immortal od dawna towarzyszyła mi podczas nocnych leśnych wędrówek. Tej płyty dane mi było wysłuchać także podczas letniej burzy, na leśnych bezdrożach, przy rykach burzy i błyskawicach, które biły w przestworza równie mocno co potężne bębny Horgha, wtórujące krótkim, intensywnym i zacinającym jak nawałnica riffom. Następnego dnia zabrałem ten album na karkonoski szczyt Śmielec. Przesłuchanie tej płyty, idąc do Czarnej Przełęczy, z majestatycznie przepływającymi przeze mnie chmurami, daje poznać smak mocy tej muzyki, szczególnie kiedy wyobraźnia podpowiada, że bramy Blashyrkh są blisko. Otwierający „Nothern Chaos Gods” brutalny i szaleńczo pulsujący, jest jak ponura maszkara zrodzona jeszcze za czasów „Pure Holocaust”. Gdzieś w połowie histerycznie omiatana gitarowym solo, wybrzmiewa nagle, przecięta w pół dźwięku... „Into The Battle Ride” przywodzi na myśl ciemne czasy, gdzieś pomiędzy „Damned in Black” i “Sons of Northern Darkness”, podane w ponurej, smolistej matni podsycanej na przemian histerycznie pulsującym to znowu klasycznie wściekłym riffem i motywem, w który słuchacz dopatrzyć się może zmutowanej melodii, jaką w 1986 roku na płycie „Fatal Portrait” w utworze „The Candle” zaśpiewał King Diamond, a którą po latach powtórzył w wariacji gitarowej Impaled Nazarene w utworze „The Horny And The Horned”. Podobne podziały, inna aranżacja, inne wykończenie ale jeśli wsłuchacie się w ten utwór odnajdziecie podobieństwo.
Z tej wybrzmiewającej ciemności wyłania się kolejny podniosły i jakże tradycyjnie Immortalowy „Gates To Blashyrkh” z tą charakterystyczną dla późniejszych dokonań Immortal a’la balladowo pulsującą gitarą, której pojawienie się daje chwilę oddechu, by ustąpić miejsca kolejnej nawałnicy. To jeden z tych hymnów spod śnieżnych krypt, które jednoczą chwytliwość i doskonałą dynamikę ze złośliwością i piorunującą zaciekłością. „Grim And Dark” to śnieżna bestia, kąsająca ślepo i zaciekle. Gęsto stawiane kolosy riffów tworzą ścianę dźwięku z której da się wyłowić majaczące melodie. „Called To Ice” jest bardziej „pancerny” i wściekły i chyba najbardziej złożony, choć nie najdłuższy w swojej chwytliwej strukturze. Masywne riffowanie, z ciekawymi, nieprzewidywalnymi łączeniami każą wracać do tego utworu kilkakrotnie. „Where Mountains Rise” jest z kolei dumny i podniosły, z chwytliwymi gitarami i przygniatającą potęgą perkusyjnego łomotu.
„Blacker Of Worlds” to miażdżący czaszkę dziki demon, z furią plujący przez półtorej minuty jadowitymi dźwiękami, które przeplatane w dalszej części utworu średnimi tempami dają ciekawy kontrast. „Mighty Ravendark” to kolejny z hymnów i jednocześnie najdłuższy utwór na płycie. To ponad dziewięciominutowy dźwiękowy obraz śnieżnych gór, zamieci i północnych ciemności skrojony w stylu utworu „Blashyrkh” z płyty „Battles In The North”. Zauważmy, że tamten utwór miał podtytuł „Mighty Ravendark” właśnie.
„Northern Chaos Gods” ma w sobie wszystko co najlepsze w Immortal. Zespół nie idzie na kompromis, nie eksperymentuje. Powiedziałbym, że siłą tego albumu jest właśnie chęć tworzenia muzyki klasycznej w tym gatunku. Album zawiera kilka klasycznych cięć, dużo w nim kontrastów, co widać w samym ułożeniu utworów na płycie - numery szybkie przeplatają się z tymi bardziej „epickimi” w średnich tempach. Immortal wraca z tarczą, w starej oprawie ale w nowym brzmieniu. Nie wspiera się już łagodniejszymi formami, a riffy tej płyty znów pełne są kolców i ostrych lodowatych sopli, wdzierających się w skórę aż do kości. To samo dotyczy sekcji perkusyjnej. Jeśli na „Pure Holocaust” ta sekcja była nawałnicą, to na „Northern Chaos Gods” jest po stokroć potężniejsza, pewniejsza i bardziej dynamiczna. Chwytliwość, monumentalna dynamika i nieśmiertelny duch Bathory - na to czekałem i to znalazłem w mocy kruczoczarnej ciemności.

Marek Krukowski