PL EN
ok
YouTube Facebook
twitter instagram

Metal Hammer 6/2021

HELLOWEEN, GOJIRA, CANNIBAL CORPSE, J.D. OVERDRIVE, SATRYRICON, FLOTSAM AND JETSAM, VREID, BURNING WITCHES, PESTILENCE, SPELLJAMMER, GENGHIS TRON, WITCHFUCK, KÖNIGREICHSSAAL, SCAR OF THE SUN, SILVER LAKE, PUPIL SLICER, GREENLEAF, HAUNT, KANONENFIEBER
 

Metal Hammer 6/2021

SPIS TREŚCI

ZGRZYT 3
HARD FAX 4
HELLOWEEN 6
GOJIRA 10
CANNIBAL CORPSE 12
J.D. OVERDRIVE 14
SATRYRICON 16
FLOTSAM AND JETSAM 18
VREID 20
BURNING WITCHES 22
PESTILENCE 24
SPELLJAMMER 26
GENGHIS TRON 28
WITCHFUCK 30
NA ZACHÓD OD METALU 32
ODGRUZOWANI 41
KÖNIGREICHSSAAL 42
SCAR OF THE SUN 44
SILVER LAKE 46
PUPIL SLICER 48
GREENLEAF 50
HAUNT 52
KANONENFIEBER 54
DIUNA 56
ALBUM MIESIĄCA 58
RECENZJE 59
ZA PROGIEM 64
EPICENTRUM 65
BOOK ZAPŁAĆ 66
ZAFOCENI 67
KONCERTY W CZASACH ZARAZY 68
DIE YOUNG 70

 

ZGRZYT

Takich powrotów...

było w historii rocka już wiele. Skłóceni wcześniej muzycy, niby od niechcenia najpierw wracają na trasę koncertową, bez wielkich deklaracji, grają koncert za koncertem, schodzą ze wspólnej sceny do osobnych szatni, rozjeżdżają się do osobnych hoteli... Ale, nagle, okazuje się, że podczas koncertu dzieje się magia. Kto wie, może to jakiś rzucony w kierunku kolegi z zespołu uśmiech, a może energia jaką dostaje się od poubliczności? Stąd niedaleko już do myśli, by spróbować jeszcze raz, by tą magię którą czuje się na scenie zakląć w dźwięki w studiu. Ten scenariusz przerabiali muzycy Judas Priest, Iron Maiden, Black Sabbath, Deep Purple i wielu innych zespołów, a w efekcie zwykle dostawaliśmy po prostu świetną muzykę. Tak jest też w przypadku Helloween – ich nowy album lada dzień trafi do fanów. Warto go sprawdzić.

Darek Świtała

 

ALBUM MIESIĄCA

 HELLOWEEN

Helloween

(Nuclear Blast)

Panowie z Helloween swój osiemnasty album studyjny zdecydowali się zatytułować nazwą swojego zespołu. Czyżby było to obwieszczenie początku nowej drogi? Chyba każdy się zgodzi, że po ponad trzydziestu pięciu latach na scenie i posiadaniu wyrobionej marki to krok dość odważny. A może to tylko zwykły marketingowy chwyt ze strony wydawcy? Jak zwykle w tego typu przypadkach prawda zapewne leży gdzieś pośrodku. Na wyrokowanie, czy „Helloween” rzeczywiście jest wydawnictwem przełomowym jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Na to przyjdzie czas w niedalekiej przyszłości. Niewątpliwie jest jednak albumem wyjątkowym. I to z kilku powodów. Tego albumu prawdopodobnie by nie było (przynajmniej w takiej formie, w jakiej powstał), gdyby nie ogólnoświatowa trasa „Pumpkins United”. Podczas tamtego tournee fani mogli zobaczyć wszystkich dotychczasowych wokalistów Helloween na jednej scenie. Gdyby jakieś dziesięć lat temu ktoś powiedział mi, że Kai Hansen i Michael Kiske powrócą w szeregi tej formacji, prawdopodobnie skwitowałbym to tylko szerokim uśmiechem i poklepał delikwenta po ramieniu. W taki sam sposób zachowałbym się, gdybym wówczas od kogoś usłyszał, że Paweł Kukiz i Liroy zostaną posłami na Sejm. W dodatku wybranymi z list prawicowych komitetów. Cóż, życie pisze czasem scenariusze, których nie byłby w stanie wymyślić ani Stanisław Bareja, ani twórcy hardcorowego fantasy. Występy na scenie to jedno, a tworzenie nowego materiału i praca w studio drugie. Nagrywając ten album muzycy Helloween stanęli przed wyzwaniem, z którym do tej pory nie musieli się mierzyć. Mianowicie musieli rozdzielić poszczególne partie wokalne pomiędzy trzech wokalistów (Deris, Kiske i Hansen). Nie wiem według jakiego klucza oni to układali (zapewne jednego z siedmiu) ale skurczybykom to wyszło! Naprawdę. Te trzy głosy idealnie wzajemnie się dopełniają zarówno w partiach solowych, jak i tych śpiewanych chórem. Że też nie wpadli na to wcześniej... By stwierdzić, że zespół, mimo pewnych innowacji nie zamierza się odcinać od korzeni (jakże by zresztą mógł tego dokonać mając ponownie w swych szeregach twórców sukcesu pierwszych płyt) wystarczy spojrzeć na okładkę. Nie trzeba być wielkim fanem Helloween by dostrzec tam mniej lub bardziej dyskretne odwołania do wczesnych albumów, zwłaszcza do pierwszej części „The Keeper Of The Seven Keys”. Nie jest to wcale tylko wabik dla fanów legendarnej płyty. Te nawiązania znajdziemy również w muzyce. Wystarczy posłuchać kawałka „Mass Pollution”, zwłaszcza jego refrenu. Myślę, że miłośnikom obu „Keeperow” łza się w oku zakręci. Nie muszę tu chyba wspominać o znanym już z promocyjnego singla utworze „Skyfall”. Jest to ponad dwunastominutowa, wielowątkowa i trzymająca w napięciu suita, która może się kojarzyć z takimi utworami, jak „Halloween” czy właśnie utwór tytułowy ze wspomnianego wyżej kultowego, dwuczęściowego albumu. Ponadto kawałek ten jednoznacznie pokazuje, że Niemcy sztukę zabawy klimatem mają opanowaną do perfekcji i potrafią ją wykorzystać bez zbędnego patetyzmu.

Poza nawiązaniami do lat osiemdziesiątych, znajdziemy tu także sporo smaczków znanych z późniejszych dokonań formacji. Są tu przecież utwory mające sporo progresywnych elementów chociażby; „Fear of the Fallen” czy - w szczególności - „Angels”. Co ciekawe, świetnie wpasowują się w całość razem z typowo power metalowymi numerami i nie burzą spójności tego materiału. Wręcz przeciwnie, dodają mu uroku. Jeden z utworów zawartych na tym albumie nosi tytuł „Best Time”. Fakt, mamy do czynienia z zasłużonymi weteranami. Być może jednak wcale ostatniego słowa jeszcze nie powiedzieli i najlepsze czasy jeszcze przed nimi. Któż to wie?

Bartek Kuczak