PL EN
ok
YouTube Facebook
twitter instagram

Metal Hammer 11/2018

Uriah Heep, Kobong, Aborted , Arkona, Hate Eternal, Steve N' Seagulls, Green Carnation, Windhand, Warrel Dane, Onkel Tom, Hank Von Hell, Mentor, Vader, Opeth, Omnium Gatherum, Terror, Ketha, Newbreed, Reinfection, Atomic Rooster

Metal Hammer 11/2018_1

Metal Hammer 11/2018_2

 

SPIS TREŚCI

Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Uriah Heep 8
Kobong 12
Aborted 16
Arkona 18
Hate Eternal 20
Steve N' Seagulls 22
Green Carnation 24
Windhand 26
Warrel Dane 28
Onkel Tom 30
Hank Von Hell 32
Book Zapłać 34

Mentor 73
Vader 69
Opeth 65
Omnium Gatherum 63
Terror 61
Ketha 59
Newbreed 57
Album Miesiąca 56
Recenzje 55
Reinfection 47
Atomic Rooster 45
Die Young 43
 

ZGRZYT

Prawie 50 lat na muzycznym rynku... 50 lat wychodzenia na scenę z gitarą. 50 lat w nieustannym cyklu; studio-trasa koncertowa, w końcu; 50 lat sukcesów ale i porażek. Bo muzyczna kariera jest niczym sinusoida i tylko prawdziwy twardziel, generalnie muzyk z powołania, jest w stanie oprzeć się temu zabójczemu wahadłu. Mick Box – gitarzysta i lider Uriah Heep opowiada nam o tym jak zaczęła się ta historia. Warto przeczytać, w końcu to Uriah Heep, razem z Black Sabbath, Deep Purple i Led Zeppelin budowali podwaliny pod to, co dziś utożsamiamy z ciężkim rockiem...

W numerze znajdziecie też obszerny wywiad z żyjącymi członkami Kobong – zespołu, który nagle, za sprawą reedycji swoich płyt, znalazł się na ustach wielu fanów rocka w Polsce. Fajnie.

Co jeszcze? Ano to co zwykle, ale co nigdy u nas nie wiąże się z rutyną – aktualne wywiady z zespołami, które właśnie co wydały lub wydadzą swoje płyty. Mentor, Aborted, Opeth, Arkona, Hate Eternal, Ketha, Terror, Windhand – docieramy do nich zawsze jako pierwsi.

Jesteśmy miesięcznikiem – zawsze na czasie.
Zawsze z ręką na rockowo-metalowym pulsie.

Darek Świtała
 

ALBUM MIESIĄCA

URIAH HEEP
Living The Dream
(Frontiers)

Jak ja uwielbiam takie albumy! Uriah Heep to zespół, który z pewnością nie spoczął na laurach i nie odcina kuponów od swojej przeszłości. „Living Th Dream” udowadnia, że ta legendarna brytyjska grupa, poza tym, że zachowuje elementy charakterystyczne dla swojego brzmienia, dodaje również do niego nutkę nowoczesności, którą słyszymy przede wszystkim w klarownej i solidnej produkcji tego krążka. Zespół przez 52 minuty trwania albumu, nie pozwalał mi się choć przez chwilę nudzić i nieraz spowodował u mnie przyspieszone bicie serca. Nuciłem też sobie poszczególne melodie na nim zawarte. Dominującym elementem z pewnością są tu wszechobecne organy Hammonda, które częstokroć współbrzmiąc unisono z gitarą dają danej kompozycji niebywałą moc, tak jak w otwierającym album „Grazed By Heaven”, czy „Rocks In The Road”. Energia aż bucha, jak żar z rozgrzanego pieca, w takich utworach jak „Take Away My Soul”, „Knocking At My Door”, czy „Goodbye To Innocence” – ten ostatni swoją drogą, mógłby spokojnie otwierać koncerty promujące ten album, a początkowe riffowanie przypomina trochę motorykę standardu bluesowego „Train Kept a Rollin”. „Niebiańskie” harmonie wokalne, to kolejny nieodłączny element ich stylu (o ile nie najważniejszy). Te słyszymy tu w każdym niemal utworze, jednak najbardziej utkwiły mi w pamięci te otwierające tytułowy „Living The Dream” i te z „Rocks In The Road”. Rozbudowane, progresywne kompozycje - których słucha się z wypiekami na twarzy, dopracowane z pietyzmem i jednocześnie zachowujące magię starych nagrań Uriah Heep z lat 70. - to chociażby „It's All Been Said” (Shaw wyśpiewuje tu swoje partie, trochę tak, jakby śpiewał rock operę) czy wymieniony już, mój ulubiony „Rocks In The Road” - te zwolnienie to istna magia.... Ballada „Waters Flowin'” z kolei przywodzi na myśl takie kompozycje UH z lat 70., jak chociażby „Paradise”, „Circus” czy „The Magican’s Birthday”. Tak jak tytuł wskazuje, można się w nią zagłębić, rozmarzyć i odpłynąć gdzieś w bezkres … są tu nawet lekko klasycyzujące motywy, wygrywane na koniec utworu, przez klawiszowca Phila Lanzona – notabene jednego z dwóch, obok Micka Boxa głównych kompozytorów na tej płycie. „Falling Under Your Spell” kolejny kawałek w szybkim tempie, w którym w pewnym momencie słyszymy wokalizy, jakby żywcem wzięte z … „Bird Of Prey”. Nie sądzę, że to przypadek, raczej celowe nawiązanie do spuścizny zespołu. Zamykający album „Dreams Of Yesteryear” - to taka typowa coda, Box wycina na gitarze jak natchniony, Shaw śpiewa tu z inspirującą swobodą, a melodia płynie delikatnie i głosem wokalisty opowiada wciągającą historię. Wkład każdego z muzyków, który uczestniczył w powstaniu tego albumu, jest nieoceniony i słychać, jak zgrany to kolektyw. To niesamowite, że ta grupa od tylu lat trzyma tak wysoki poziom, a ich energia twórcza, jest do pozazdroszczenia. Słuchając takich albumów jak ten, czy ostatnie dzieło Deep Purple, dochodzę do wniosku, że stara gwardia ciągle ma się dobrze i niech tak pozostanie, bo kto was, drodzy panowie zastąpi?

Michał Czaplicki