PL EN
ok
YouTube Facebook
twitter instagram

Metal Hammer 8/2020

Mercyful Fate, Deranged, Hostia, Ceti, Witchcraft, August Burns Red, Conquest Icon, Cadaver, Kingdom Come, Dizel, Fluisteraars, Green Carnation, Avatar, Powerwolf, Thundermother, Feuerschwanz, Okkultokrati

Metal Hammer 8/2020

SPIS TREŚCI

Zgrzyt 3

Hard Fax 4

Mercyful Fate 8

Deranged 12

Hostia 14

Ceti 16

Witchcraft 18

August Burns Red 20

Vampire 22

Conquest Icon 24

Cadaver 26

Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi 28

Czerń 30

Na Zachód Od Metalu 32

Kingdom Come 41

Dizel 42

Fluisteraars 44

Green Carnation 46

Avatar 48

Powerwolf 50

Thundermother 52

Czort 54

Feuerschwanz 55

Okkultokrati 56

Album Miesiąca 58

Recenzje 59

Epicentrum 65

Za Progiem 66

Book Zapłać 67

Zafoceni 68

Odgruzowani 69

Die Young 70 

 

ZGRZYT

Mercyful Fate to zespół kultowy... dziś nawet bardziej niż kiedykolwiek, choć już w latach 80. kiedy rozpadł się po raz pierwszy a na jego gruzach powstał pierwszy album King Diamond, Mercyful Fate miał już za sobą po prostu legendę. Nie ukrywam, że od zawsze byłem wielkim fanem tej grupy i z niecierpliwością czekam na jej nowy (po ponad 20 latach!) album. Tak, od wydania „9” (która była płytą naprawdę potężną jeśli chodzi o brzmienie i kompozycje), minęło już 21 lat! Pamiętam, że widziałem wówczas koncert Mercyful Fate na warszawskim „Stadionie Gwardi” i choć zagrali w pełnym słońcu i z problemami technicznymi, to – dla mnie – przebili gwiazdę wieczoru, Metallikę. Obszerny wywiad z Mercyful Fate i omówienie ich dyskografii – na stronie ósmej.

W numerze piszemy też o wszystkich ważnych premierach i wydarzeniach muzycznych ostatnich, niełatwych dla branży, tygodni – Odraza, Hostia, Witchcraft, CETI, Deranged, August Burns Red, Cadaver a także nasze stałe rubryki, to żelazna podwalina naszego sierpniowego wydania.

Cieszcie się wakacjami!

Darek Świtała

 

ALBUM MIESIĄCA

ODRAZA

Rzeczom

(Godz ov War Productions)

Właściwie to raz jeszcze miałem zamiar zacząć od bełkotu. A gdybym już zaczął, prawdopodobnie nie skończyłbym przez kolejnych trzydzieści wersów. Miałem pisać, że drugi album Odrazy jest jak wybroczyny duszy, albo jakieś inne brednie, ale opamiętałem się, bo urągałoby to płycie tej klasy. Zresztą urągałoby „Rzeczom” również nachalne wciskanie jej zawartości w romantyczną ramkę twórczości pojmowanej jako lufa emocji. Mierzi mnie już marginalizowanie propozycji tego wyjątkowego zespołu powierzchowną gadką o nastroju zaplutych zaułków, smrodzie petów, kacu i takich tam pierdołach. Zbyt łatwo tymi banialukami przykryć istotę rzeczy. Jeśli już miałbym odwoływać się górnolotnie do duszy, to do zbiorowej, ale stosowniej byłoby chyba pisać o świadomości społecznej – w rozumieniu Durkheimowskim – fanów muzyki albo w ogóle konsumentów dóbr kultury. Ta świadomość przez pięćdziesiąt cztery minuty trwania albumu regularnie dźgana jest aluzyjnymi impulsami: tu Hermann Hesse, tam Lech Janerka, Aleksander Dumas, a gdzie indziej John Lennon. I inni. Cóż ta cała menażeria ma ze sobą wspólnego i jak ma się do twórczości Odrazy? Otóż nijak, ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo cytat i aluzja nie są na „Rzeczom” bytami sensotwórczymi. Choć nie, są jak najbardziej, ale stoją o własnych siłach w oddaleniu od źródeł i autorów, poddawane swobodnej obróbce i deformacji. Ta obezwładniająca siłą plastycznego skojarzenia strategia rzuca się również na muzykę. Lecz nie w tym sensie, że słuchacz zamęczany jest smętnym popisem erudycyjnej biegłości albo postmodernistycznym strumieniem moczu wycelowanym w tradycję. Wręcz przeciwnie – „Rzeczom” wydaje mi się albumem z tradycją i zaznajomionym, i pogodzonym, ale nie sparaliżowanym jej dostojeństwem. I chyba dlatego dzieją się na płycie rzeczy cudowne. Dlatego jedna z wokalnych fraz w utworze tytułowym przypomina mi zaśpiew chasydzki, natomiast „…twoją rzecz też” buduje atmosferę, która kojarzy się tyleż z miejskim folklorem Stanisława Grzesiuka, co z okładką „Get Yer Ya-Ya’s Out!” The Rolling Stones. Jak na ironię, właśnie w tym kawałku objawia się nawiązanie do największych konkurentów Stonesów, The Beatles. O skali możliwości duetu niechaj świadczy również „Bempo” – obok subtelnego cieniowania faktur na kotłach jest nieprzerwane dwuminutowe blastobicie. Jakby tego było mało, wtacza się po nim najdłuższy na albumie utwór „Ja nie stąd”. Instrumentalny prawie-że-post-metalowy snuj. Co do tych kotłów natomiast, to Priest dołącza do grona najbardziej charakternych polskich perkusistów metalowych – niewątpliwie najpożyteczniejszy ksiądz w tej części Europy. Mógłbym poględzić właściwie o każdym utworze z „Rzeczom”, ale szkoda szpalty, bo to tego rodzaju płyta, którą odkrywa się po wielokroć. Tako rzeczom albumy wybitne.

Maciej Krzywiński