PL EN
ok
YouTube Facebook
twitter instagram

Metal Hammer 4/2017

Deep Purple, Arch Enemy, Obituary, Six Feet Under, Nightrage, Ex Deo, Forndom, Calm Hatchery, Mothership, Me And That Man, Mantar, Kobra & The Lotus, IQ, Thunder, Body Count, Royal Thunder, Pandemonium, Type O Negative, Moanaa

Metal Hammer 4/2017 

SPIS TREŚCI

Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Deep Purple 8
Arch Enemy 12
Obituary 14
Six Feet Under 16
Nightrage 18
Ex Deo 20
Forndom 22
Calm Hatchery 23
Mothership 24
Me And That Man 26
Mantar 28
Kobra & The Lotus 30
Na Zachód Od Metalu 32
Metalmania 33
Book Zapłać 41
IQ 42
Thunder 44
Body Count 46
Royal Thunder 48
Pandemonium 50
Type O Negative 52
Moanaa 54
Album Miesiąca 55
Recenzje 56
Live 66
Die Young 71
 

ZGRZYT

50 lat...

prawie tyle trwa na scenie zespół Deep Purple. Dla mnie to zespół-fenomen. Żadna inna grupa na świecie nie istnieje tak długo, nie zagrała tylu koncertów i jest artystycznie aktywna po dziś dzień. Nawet zwykle przywoływani w tym miejscu The Rolling Stones, nie mogą się równać z Purplami. Zespół owszem przebył długą drogę, zmieniał składy, ba miał nawet przerwę w życiorysie (1976-1984) ale zawsze nagrywał płyty, które mają w sobie charakterystyczny element, można powiedzieć, że ducha rocknrolla i które zawsze brzmią jak... płyty Deep Purple. O nowej, doskonałej płycie „InFinite”, rozmawialiśmy z Rogerem Gloverem i Ianem Paicem. Wywiadu szukajcie na stronie 8.

W tym, wiosennym już numerze, przygotowaliśmy dla Was także mnóstwo innych atrakcji; są wywiady z Arch Enemy, Six Feet Under, Mantar, Kobra & The Lotus, Nightrage, Ex Deo, Thunder, Body Count, są koncertowe relacje, recenzje, jest też wreszcie obszerny tekst o Metalmanii.

Darek Świtała


ALBUM MIESIĄCA

DEEP PURPLE
InFinite
(earMusic)

Bałem się, że będzie to kontynuacja, udanej przecież, „Now What?!”. Nie jest. Choć może moje obawy były bezpodstawne – mówimy przecież o Deep Purple, zespole, który przez 50 lat swojej kariery mienił się różnymi muzycznymi odcieniami, zmieniał składy, zawsze jednak pozostawał wierny swojemu charakterystycznemu brzmieniu. Tak jest i teraz, bo „Infinte” to po prostu płyta Deep Purple. Choć otwierające album pierwsze dźwięki utworu „Time For Bedlam” mogą zaskoczyć fanów za sprawą elektronicznie przerobionego głosu Gillana, to zaraz potem zespół przekonuje nas, że jest po prostu sobą – niezawodną maszyną do grania hard rocka, a porywającymi solówkami, które Steve Morse i Don Airey serwują nam już w drugiej minucie można by z nawiązką obdzielić kilka innych utworów. Ciekawe, że to brzmienia klawiszy Airey'a nieznacznie dominują nad całością – na „InFinite” nie jest on już tylko godnym następcą nieodżałowanego Jona Lorda, staje się wręcz uczniem, który przerasta mistrza. A Steve Morse? Cóż, nie wiem czy docenią to ortodoksyjni fani Ritchiego Blackmore'a (dla przypomnienia; oryginalnego gitarzysty Deep Purple) ale mam wrażenie, że Morse nie zagrał na tej płycie ani jednego zbędnego dźwięku. To oznaka niezwykłej artystycznej dojrzałości tym bardziej, że jego gitara brzmi bardziej rasowo niż kiedykolwiek; ot choćby w intro do „The Surprising” czy doskonałych solowych partiach „Birds Of Prey”... Albo wtedy gdy w „Hip Boots” udanie nawiązuje do brzmienia Tommy'ego Bolina gitarzysty, który zagrał niegdyś na płycie „Come Taste The Band”.

Fajnie, że wytwórnia earMusic, z którą Deep Purple współpracują od dziesięciu lat wciąż ma pomysły na to jak promować zespół. Świadczą o tym nie tylko umiejętnie serwowane fanom w Internecie filmy i muzyczne fragmenty ale też udany wybór singli: doskonały „Time For Bedlam” na pewno będzie mocnym akcentem zbliżającej się trasy koncertowej i można mieć tylko nadzieję, że drugi singiel - „All I Got Is You” - podzieli ten sam los. To bardzo dojrzały utwór, oparty na swingującym rytmie z klasycznymi purplowskimi wstawkami, w których gitara gra unisono z Hammondem, w końcu z wpadającym w ucho refrenem i melodyjnymi solówkami gitary i klawiszy. To także jedyny numer na płycie w którym słyszymy rozdzierający krzyk Gillana; w pozostałych utworach Ian postawił na bardziej wyważone śpiewane partie. Cieszy też fakt, że wokalista zrezygnował ostatecznie z „rapowanych” wokaliz, na które pozwalał sobie w czasach „Abandon” czy „Rapture Of The Deep”. Prawdziwy popis Gillan daje w przepięknym utworze „The Surprising”, zresztą jednym z najciekawszych na płycie; wokalne partie prowadzą nas tu do zaskakującej muzycznej historii z doskonałą solówką Morse'a, która przechodzi w subtelny, progresywny fragment, w którym Airey czaruje klawiszami i pozwala sobie na wręcz chopinowskie cytaty a my zostajemy pozbawieni tchu. Czary... Zaraz potem, zespół jakby świadomy napięcia, pozwala sobie na luz - „Johnny's Band” to numer, który z powodzeniem mógł powstać gdzieś w okolicach 1987 roku i trafić na „House Of Blue Light”. Zresztą podobne odczucia mam w stosunku do doskonałej wersji „The Roadhouse Blues” z repertuaru The Doors – ten utwór zamyka „InFinite” a nonszalancka radość z jaką zagrali go tutaj muzycy Deep Purple przywodzi mi na myśl inny purpurowy klasyk - „Mitzi Dupree”.

W czasach gdy dziesiątki epigonów próbują naśladować najlepsze purpurowe dokonania sprzed dekad, Deep Purple wciąż grają swojego hard rocka. Inaczej niż wszyscy. Jeśli to ma być purpurowe pożegnanie... Odganiam od siebie tę myśl.

Darek Świtała