PL EN
ok
YouTube Facebook
twitter instagram

Metal Hammer 7/2017

Rammstein, Decapitated, Anathema, Chris Cornell, Broken Hope, Iced Earth, Cellar Darling, Pristine, July Talk, Slowdive, Blind Guardian, Death, Lebowski

Metal Hammer 7/2017 

SPIS TREŚCI

Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Rammstein 8
Decapitated 12
Anathema 14
Chris Cornell 16
Broken Hope 20
Iced Earth 22
Cellar Darling 24
Pristine 26
July Talk 28
Slowdive 30
Na Zachód Od Metalu 32
Book Zapłać 41
Summer Breeze 42
Miss MayI 44
Blind Guardian 46
Magna Carta Cartel 48
Death 50
Lebowski 52
Album Miesiąca 55
Recenzje 56
Live 66
Out Of The Darkness 68
Die Young 70
 

ZGRZYT

Czasem bywa tak...

że środek ciężkości naszego magazynu przesuwa się bardziej w stronę rocka lub bardziej w stronę metalu. Tym razem powiew wakacyjnej kanikuły sprawił, że lipcowe wydanie Metal Hammera zdominowały bardziej rockowe tematy. Owszem, sporo miejsca poświęciliśmy na przykład Decapitated (zespół wydaje właśnie nowy, rewelacyjny album), Iced Earth czy Broken Hope ale jeszcze więcej takim zespołom jak Anathema, Pristine czy Lebowski. Jedno jest pewne – wszystkie te zespoły przygotowały dla nas nowe albumy i są to płyty wartościowe, zdecydowanie warte Waszej uwagi.

A już za miesiąc, 21 lipca, spotykamy się w katowickim Spodku na Metal Hammer Festival!

Darek Świtała


ALBUM MIESIĄCA

DECAPITATED
Anticult
(Nuclear Blast)

Mówi się, że Behemoth, Vader i Decapitated właśnie są największymi zespołami, jakie polski metal wydał światu. Cóż, pod względem czysto popularnościowym i komercyjnym nie śmiem tego faktu negować. Jeśli chodzi jednak o poziom prezentowany przez te kapele na przestrzeni ostatnich lat, mam już pewne zastrzeżenia. Behemoth od zawsze świetnie odrabiał prace domowe z trendów panujących w nowoczesnej ekstremie, co z powodzeniem do dzisiaj przekuwa w krążki znane każdemu fanowi metalu. Nie tylko ekstremalnego. Mimo to, wystudiowane pozy i wyrachowanie dopracowane do perfekcji przegrywają z pierwotnymi, nawet barbarzyńskimi emocjami, dlatego do Behemoth wracam rzadko. Vader z kolei przez nieomal dekadę boryka się z problemem, który stanowi brak dobrych piosenek na ich albumach. Tak wyszło, że olsztyńskiemu kwartetowi łatwiej przychodzi urządzić na koncertach retro-manię w naszpikowanych gwoździami skórzanych kamizelkach, niż stworzyć wysokooktanowy hit. Nigdy nie myślałem, że to powiem, ale z tego towarzystwa najjaśniej świecącą gwiazdą jest obecnie Decapitated. Owszem, Vogg i koledzy nie zawsze wydawali materiały klasy światowej, ale również nigdy nie zsunęli się na grząski grunt mielizn. Czy “Anticult” potwierdza tę tezę?

Już po pierwszym odsłuchu płyty rwałem się z odpowiedzią: “ależ oczywiście!”, lecz kilka następnych nieco powściągnęło pozytywne emocje. Oczywiście, żeby nie było, przy swoim zdaniu pozostanę: Decapitated nie zsuwa się do poziomu bagna. Co więcej, nie jest im do tego blisko, ale “Anticult” to krążek, który nie powala. Zanim jednak przejdę do zasadniczej części opinii, warto przeanalizować, jak ten “Antykult” wygląda i z czym się go właściwie je. W związku z tym mam dobrą wiadomość dla fanów nowszego wcielenia Decapitated i złą dla entuzjastów starego: szósta płyta załogi z Krosna to w dalszym ciągu kontynuacja drogi zapoczątkowanej na “Carnival Is Forever”. Chyba nie muszę wyjaśniać, kto powinien poczuć się zadowolony, a kto rozczarowany. Mi w każdym razie przypada do gustu ścieżka, jaką obrał sobie Vogg po reaktywacji Ściętych. Fakt, oryginalna ona nie jest, momentami brzmi wręcz jak hołd składany tercetowi Meshuggah-Gojira-Pantera, ale to nic. Jeśli żre, to nie mam nic przeciwko. Jak więc już się pewnie domyślacie, tegoroczne wydawnictwo Decapitated idzie w stronę szuflady z napisem “groove”, nie “grób”, jakby to chciało wielu. Na “Anticult” składają się te same elementy, które w dużej mierze ukształtowały charakter jej dwóch poprzedniczek. Ciężkie, “poszarpane” riffy regularnie wyznaczają tempo płyty, a do spółki z prostą, acz do bólu intensywną robotą sekcji rytmicznej tworzą chwytliwe kawałki, które spokojnie mogłyby zasilić setlistę “Far Beyond Driven”. Fanów deathmetalowego rzemiosła może zadowolić mknące przed siebie “Anger Line”, czyli precyzyjny cios zadany w firmowym stylu zespołu - gdzie nowoczesność trafnie współgra z stopniowo dawkowaną przemocą. Dla wielbicieli obecnego Decapitated jest tu znacznie więcej dobrego. Od niesionego iście Dimebagowym riffem “Kill the Cult”, po przestrzenne “Impulse”, a na lekko thrashowym “Deathvaluation” skończywszy.

“Anticult” bez wątpliwości dobrą płytą jest. To świetny przegląd tego, co w nowoczesnym metalu dobre, przekuty na strzały napędzane typowymi dla Decapitated środkami. Mimo tego, odczuwam pewien niedosyt związany z tym albumem. To już trzecia płyta zespołu, na której rzeczony z zamiłowaniem uprawia ten swój groove-death metal… I to jest problemem. “Anticult” momentami wręcz rozczarowuje swoją przewidywalnością i mnogością melodii, które wszyscy słyszeliśmy wcześniej. Na przyszłość życzyłbym sobie nieco więcej szaleństwa, bo takowe - w połączeniu z dobrymi kompozycjami - na pewno da świetny album. Nie tylko dobry. Jestem pewien, że Wacława na to stać, więc dopinguję i czekam cierpliwie. A do “Anticult” pewnie wrócę niejednokrotnie, bo mimo pewnych minusów jest to zwyczajnie udane wydawnictwo.

Łukasz Brzozowski