PL EN
ok
YouTube Facebook
twitter instagram

Metal Hammer 10/2017

Closterkeller, Kadavar, Prophets Of Rage, Lunatic Soul, Tau Cross, Enslaved, Blaze Of Perdition, Kari Rueslåtten, Kati Ran, Roadhog, The Tangent, Cradle Of Filth, Queens Of The Stone Age, Threshold, In Twilight’s Embrace, Satyricon

Metal Hammer 10/2017

SPIS TREŚCI

Zgrzyt 03
Hard Fax 04
Closterkeller 08
Kadavar 12
Prophets Of Rage 14
Lunatic Soul 16
Tau Cross 18
Enslaved 20
Blaze Of Perdition 22
Kari Rueslåtten 24
Kati Ran 25
Roadhog 26
Przewodnik MH 28
The Tangent 30
Book Zapłać 31
Na Zachód Od Metalu 32
Cradle Of Filth 42
Biesy 46
Queens Of The Stone Age 48
Threshold 50
In Twilight’s Embrace 52
Dario Argento 54
Album Miesiąca 55
Recenzje 56
Satyricon 62
Live 66
The World Needs A Hero 68
Out Of The Darkness 69
Die Young 70
 

ZGRZYT

Closterkeller...

… zawsze poruszał wyobraźnię. I choć grupa dowodzona przez Anję Orthodox działa na scenie już prawie 30 lat nigdy nie utknęła na mieliznach muzycznej nijakości. Nieważne czy flirtowała z metalem na albumach „Scarlet” i „Cyan” czy płynęła w stronę dojrzałego gotyckiego rocka na płytach „Graphite” i „Nero”, zawsze miała do zaoferowania coś intrygującego, zresztą w ramach wypracowanego charakterystycznego stylu. Nie inaczej jest na najnowszym krążku, zatytułowanym „Viridian” - już po kilku przesłuchaniach wiadomo, że mamy do czynienia z klasycznym albumem Closterkeller. Przy okazji zachęcamy Was do lektury wywiadu z Anją, która bezkompromisowo opowiada nie tylko o swojej muzyce ale też o tym jak postrzega to, co dzieje się w naszym kraju.

W numerze oczywiście znajdziecie wiele innych aktualnych tematów: wywiady z Kadvar, Tau Cross, Prophets of Rage, Enslaved, Lunatic Soul – by wymienić tylko kilka. Dużo miejsca poświęciliśmy też Cradle of Filth, których najnowszy, bardzo udany album, właśnie trafia na rynek a zwieńczeniem numeru są wywiady z Satyrem i Frostem. Nowy album Satyricon to płyta jakiej dawno nikt nie nagrał w czarnym metalu. Wybitna.

Do części nakładu dołączyliśmy płytę CD z najnowszymi nagraniami artystów z wytwórni Nuclear Blast, Spinefarm i Napalm Records. Polecamy ją Waszej uwadze.

Darek Świtała
 

ALBUM MIESIĄCA

GRAVE PLEASURES
Motherblood
(Century Media)

Kvohst. Bukwami: хвост. W tłumaczeniu z rosyjskiego „kita” lub „ogon”, w domyśle lisi. To mógłby być artefakt z którejś z rosyjskich baśni, ale jakoś tak wyszło, że to pseudonim angielskiego wokalisty. Lisi Ogon zestawiony z ksywami takimi jak Madonna, Prince albo Pink może i brzmi durnie, ale w uniwersum ekstremalnego metalu, które współtworzą kolesie, na których woła się Mróz bądź Nocny Profanator Grobów i Czarne Wiatry (część po „i” jest integralnym elementem pseudonimu muzyka Blasphemy, gdyby ktoś miał wątpliwości), Lisia Kita wcale nie wypada tak źle. Zwłaszcza że Ogon występował w grupach, których nazwy brzmią w wolnym tłumaczeniu Wyrzygańsko, Zniedołężniałe Widmo, Kosa oraz Gangrenator. Były również bardziej znane przedsięwzięcia, by wspomnieć o Code, Void, a zwłaszcza świetnej płycie „Supervillain Outcast” Dødheimsgard.

Sęk w tym, że Kita nie jest już Kitą. Można zwracać się do niego tak, jak urzędnik wpisał mu w dowodzie: Mathew McNerney. Ten trzydziestodziewięciolatek opuścił wiecznie mokrą Anglię i osiedlił się w wiecznie pijanej Finlandii, gdzie prowadzi grupy Hexvessel i Grave Pleasures. Na terytoriach metalu pozostaje już tylko jedną nogą i z pewnością nie jako członek dwóch wymienionych zespołów. Zanim posłuchałem ich nagrań, a było to przed kilkoma latami, pomyślałem o Mathew tak, jak o Józefie Balcerku z serialu „Alternatywy 4” powiedział jego kumpel, gdy przyszło wezwanie z Komisji do Walki z Alkoholizmem. „Szkoda Ziutka, dobry był z niego herbatnik, mógł jeszcze pożyć”. Miałem swoje powody. Bo mało to było metalowców, którzy poza bezpiecznymi terytoriami jazgotu błądzili bezradnie jak dzieci we mgle? Jaskrawy przykład sprzed kilku zaledwie miesięcy to Me & That Man.

McNerney z towarzyszami dowiedli, że tak być nie musi. Jeszcze pod nazwą Beastmilk nagrali album, który zwrócił na nich uwagę nie tylko niestrudzonych podziemnych szperaczy, ale również fonograficznego giganta, Sony Columbia. Już po zmianie nazwy na Grave Pleasures grupa nagrała dla tego wydawcy „Dreamcrash” – materiał, który niestety nie sprostał oczekiwaniom rozbudzonym przez poprzednika. W związku z tym przed przesłuchaniem „Motherblood” znów byłem pełen obaw, zwłaszcza wobec bełkotliwych zapowiedzi lidera. Mathew mówił na przykład: „Jak we wspaniałym sakramencie starożytności, w którym w ofierze składano krew matki, my również kładziemy nasze najświętsze ciało u waszych stóp. Jeśli nigdy nie tańczyliście ze szkieletami, to ta płyta będzie waszym narkotykiem wejścia w świat nihilistycznych przyjemności grobu”. Na takie deklaracje da się zareagować tylko tak, jak Patrizio Solitano zareagował w filmie „Silver Linings Playbook” na finał „Pożegnania z bronią” Hemingway – zajebiście głośnym „co, do kurwy nędzy?!”. Zniesmaczony Solitano cisnął książką przez okno – zresztą zamknięte – ja postanowiłem jednak płytę oszczędzić. Głównie dlatego, że otrzymałem ją w formie cyfrowej, a poznańskie skąpstwo nie pozwoliło mi zniszczyć okna i laptopa.

Nie żałuję. W końcu okna tanie nie są. No i płyta jednak świetna, o czym z przyjemnością donoszę po trzech akapitach bełkotu, który chyba ograbia mnie z prawa do krytyki bełkotu Mathew. Miałem wszakże prawo zwątpić, skoro gość nagrał na „Motherblood” kawałki o tytułach takich jak „Tęcze dnia sądnego” – toż to Artrosis mogłoby wymyślić – albo „Atomowy Chrystus”. Jak się jednak okazuje, płyta jest zaskakująco bezpretensjonalna. Niezależnie od tego, że McNerney przez prawie czterdzieści minut bez przerwy śpiewa o zmaganiach z perspektywą śmierci, muzyka kipi życiem, a czasem porywa do tańca. Oczywiście ze szkieletami. Jako taki, album jest jeszcze jednym potwierdzeniem tezy o tym, że cała twórczość artystyczna rozgrywa się tak naprawdę pomiędzy dwoma skrajnościami: chłodnym oddechem śmierci a wilgotnym ciepłem waginy. Kiedy wokalista woła kostuchę, to kumple z zespołu przygrywają mu tak, że krew płynie szybciej: zamaszysty puls sekcji rytmicznej, brzękliwe gitarowe akordy, no i zaraźliwe melodie. Takie, które dawna Lisia Kita prowadzi nabożną głębią Iana Curtisa – gdyby tylko nie oglądał on „Stroszka” – i filuterną egzaltacją Bryana Ferry’ego. Post-punk? Death rock? Gotyk?

Na pewno nie metal. Fani, którzy tolerują wyłącznie ten gatunek, nie mają oczywiście na „Motherblood” czego szukać. Tym samym pozdrawiam z serca wszystkich, którzy co miesiąc obruszają się w sieci, że magazyn o podtytule „Rock – Metal – Progresja” ośmiela się pisać nie tylko o napierdalance. Jak wiadomo, kiepski metal jest dla wielu lepszy od świetnego niemetalu, ale to na szczęście nie jest problem Grave Pleasures.

Maciej Krzywiński