PL EN
ok
YouTube Facebook
twitter instagram

Metal Hammer 1/2018

Black Label Society, Cavalera Conspiracy, Anti Flag, Watain, Machine Head, Podsumowanie Roku Dziennikarze i Redakcja, Hammerfall, Magnum, Ulver, Horrorscope, Anima Damnata, Ketha, Iron Monkey, Merkabah, Corrosion Of Conformity, Avenged Sevenfold, Lacrimosa, Witchfuck, Incarnal

Metal Hammer 1/2018

SPIS TREŚCI

Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Black Label Society 8
Cavalera Conspiracy 12
Anti Flag 14
Watain 16
Machine Head 18
Podsumowanie Roku Dziennikarze i Redakcja 20
Hammerfall 24
Magnum 26
Ulver 28
Horrorscope 30
Na Zachód Od Metalu 32
Anima Damnata 41
Ketha 42
Iron Monkey 44
Merkabah 46
Corrosion Of Conformity 48
Avenged Sevenfold 50
Lacrimosa 52
Witchfuck 54
Album Miesiąca 55
Recenzje 56
Book Zapłać 62
Incarnal 64
Live 66
Out Of The Darkness 68
Die Young 70
 

ZGRZYT

W pierwszym numerze nowego roku jak zwykle dziennikarze naszej redakcji starają się podsumować to, co działo się w muzyce na przełomie ostatnich dwunastu miesięcy. Obserwuję te ankiety od dwudziestu lat i widzę wyraźnie, że muzyczne gusta ulegają coraz większemu zróżnicowaniu. Kiedyś, w rubryce Płyta Roku, królował jeden, może dwa albumy, a dziś trudno znaleźć choćby kilka podobnych typów. Być może takie zróżnicowanie powoduje bezproblemowa internetowa dostępność do wszystkich premierowych wydawnictw ale mam wrażenie, że Internet sprawia, że mocno radykalizują się poglądy – każdy typujący chce zaznaczyć swoją wyjątkowość i obycie w – często skrajnych – muzycznych światach. Inna sprawa, że dziennikarze naszej redakcji reprezentują obecnie całą gamę muzycznych upodobań ale właśnie takiego zespołu wymaga prowadzenie miesięcznika o muzyce rockowej i metalowej.

Tymczasem zapraszam Was do przyjrzenia się naszemu podsumowaniu 2017 roku, a w tym nowym, 2018, życzę wszystkiego co najlepsze!

Darek Świtała
 

ALBUM MIESIĄCA

PHIL CAMPBELL AND THE BASTARD SONS
The Age Of Absurdity
(NUCLEAR BLAST)

Nie, to nie jest kolejny krążek Motorhead. Właściwie, więcej, niż punktów stycznych, widzę tutaj różnic, naprawdę. Jest, oczywiście, sama osoba Campbella, jest niewymuszony luz i prostota, tudzież niechęć do nazbyt skomplikowanych rozwiązań. Nie jest to jednak prostota, jakiej można by się było spodziewać – coś jeszcze bardziej prymitywnego, pielęgnującego w sobie taką zapyziałą, wioskową duszę. Mowa, rzecz jasna, o wiosce amerykańskiej – koniecznie gdzieś na południu kraju. Dusza codziennie zachodzi więc do tego samego baru, zapija się bourbonem, półprzytomnie spogląda na wyginające się leniwie tancerki go–go i złorzeczy na ulubioną drużynę futbolową. Późną nocą toczy się do domu, po drodze nucąc coś, co brzmi łudząco podobnie do „The Age Of Absurdity”. Wie, że w różnorodności siła, toteż powstają rzeczy nieraz bardzo od siebie odległe – motorheadowe, pędzące na złamanie karku „Ringleader”, „Freak Show” z przesadnie wręcz zaraźliwymi, prowadzącymi całość w rejony jakiegoś radio – rocka, wokalizami, czy „Skin and Bones”, który mógłby znaleźć się na tym z krążków Pantery, na którym panowie, nie umiejąc odnaleźć w sobie dawnego wkurwienia, zwrócili się ku najprostszym instynktom – na „Reinventing The Steel”. Mógłbym wymieniać dalej, bo ten album, chociaż nadzwyczaj spójny, uśmiecha się do mnie wieloma obliczami. Gdybym miał wskazać, czy bliżej temu materiałowi do przaśności Rebel Meets Rebel, czy do, bardziej jednak szlachetnej, nośności Pride and Glory – nie umiałbym postawić jednoznacznej diagnozy. „The Age Of Absurdity” to pacjent niemalże beznadziejny – niby rażący po oczach objawami, w praktyce jednak szalenie niejednoznaczny. Problem widzę już w osobie wokalisty – z jednej strony, jego wybitnie radiowa maniera irytuje i zdaje się zupełnie nie pasować, z drugiej – jeżeli gdzieś na tej płycie szukać jakiejś namiastki przebojowości, to właśnie w tym głosie. To on nadaje utworom – rzeczom, jak już wspomniałem, bardzo prostym i surowym, a co za tym idzie: nieco upośledzonym emocjonalnie – barw i emocji właśnie. Paradoksalnie więc, przekleństwo staje się momentami jedynym osiągalnym ukojeniem. Podobnie mam z samą prostotą tych numerów, bo chociaż wszystko buja, jak należy, a aprobata dla niewymuszonego groove'u przychodzi mimowolnie, to przecież... wszystko to gdzieś już słyszałem, co więcej – oryginały smakowały jakoś lepiej, pełniej! Zastanawiam się ponadto, czy to, co słyszę, to jakaś wyższa, arystokratyczna wersja prostoty – jakby wzięto to, co najlepsze, z całego Południa, i podano światu z odpowiednią ogładą i polotem, czy wręcz przeciwnie: „The Age Of Absurdity” to prymitywizm w czystej, wydestylowanej postaci i nie ma nic „bardziej”. Długimi chwilami skłaniam się ku tej pierwszej odpowiedzi, by naraz jednak zostać zbitym z tropu jakimś zupełnie absurdalnym zaśpiewem. Głowię się także, czy gdyby synowie – bękarty nie byli potomkami Phila Campbella, mieliby jakiekolwiek szanse wychynąć z głębokiego podziemia. Nie dowiem się chyba nigdy, tymczasem – zostałem postawiony przed płytą interesującą i irytującą zarazem. Wywołanie cienia choćby emocji to dzisiaj fundament, na którym można budować. Budujcie więc, Bękarty! Dobre piosenki na tej płycie są, jest również różnorodność i niejednoznaczność: każdy atut tego materiału płynnie przechodzi w uwierający w bucie kamień. Dla lubiących zagwozdki.

Adam Gościniak